Praca Nie Popłaca

Zwolnienia w małych firmach PDF Drukuj Email
Wtorek, 26 Maj 2009 09:56
Rozwiązanie umowy z dnia na dzień, niewydawanie świadectwa pracy, wstrzymanie ostatniej pensji pracownika czy zmiany umów i wynagrodzeń pod groźbą utraty pracy - w taki sposób potrafią zwolnić szefowie małych firm. Pani Małgorzata pracowała w dużym koncernie w Warszawie. Kiedy pod koniec roku kryzys dopadł i jej branżę, szefostwo zgłosiło w urzędzie pracy zamiar zwolnień grupowych. Informację o zwolnieniu każdej osoby musiały też otrzymać związki zawodowe. Każdemu wytypowanemu do zwolnienia zaproponowano odprawy - czasem wyższe niż wymagane prawem. Pani Małgorzata otrzymała kilkanaście tysięcy złotych odprawy i propozycję pracy na umowę o dzieło w innym dziale. Takich praw nie mają pracownicy małych firm. A jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego w 2007 roku aż 98,9 proc. polskich firm były to małe przedsiębiorstwa (zatrudniające od 10 do 49 osób) . Pracowało w nich prawie 1,8 mln Polaków. Z tego większość (aż 96,4 proc.) firm to tzw. mikroprzedsiębiorstwa, czyli zatrudniające do 9 osób. Oto przykłady, jak potrafią zwalniać w małych firmach.

Był 1 kwietnia. Siedmiu pracowników firmy remontowo-budowlanej ocieplało blok na warszawskim Mokotowie. Pracę przerwał im właściciel. Zwołał krótkie zebranie. - Mamy kryzys, firma ma coraz mniej zleceń. Dlatego muszę wam zmienić umowy, bo wszyscy tak teraz robią - wspomina słowa szefa 25-letni Jacek Celiński. - Początkowo myślałem, że to żart primaaprilisowy, ale właściciel od razu zaznaczył, że kto nie zgodzi się na nowe zasady, będzie musiał poszukać sobie nowej pracy - dodaje. Szef zapowiedział, że kto nie zgodzi się na nową umowę dobrowolnie, zostanie zwolniony pod byle jakim pretekstem. Celiński odszedł z firmy, podobnie jak jeden kolega. Pozostali przyjęli umowy i zgodzili się na zmniejszenie wynagrodzenia z 3 tys. zł netto do 1,5 tys. zł netto. Gdy dwa lata temu na rynku był boom budowlany, właściciel sam jeździł też po towar, bo nie mógł znaleźć pracownika za 2 tys. zł na rękę. Zdaniem Celińskiego jego były szef wykorzystał kryzys do zmniejszenie kosztów pracy. Dawni koledzy mają tyle samo pracy, a firma nie ma żadnych przestojów.

Z dnia na dzień

Oszukani czują się również Joanna i Kamil Jastrzębscy, którzy od ponad trzech tygodni przychodzą do warszawskiego pośredniaka po nowe oferty pracy. Joanna straciła pracę z dnia na dzień. - Szef dał mi wypowiedzenie z dniem piątego kwietnia. Straciłam pracę w niedzielę, bo firma chciała zaoszczędzić na jednej dniówce - mówi. Nie chce się sądzić z pracodawcą. Odebrała dokumenty i liczy, że szybko znajdzie nową pracę. Jej mąż pracował w trzyosobowej firmie samochodowej jako lakiernik. Gdy nie przyjął propozycji szefa rozstania z dnia na dzień, ten nie dał mu świadectwa pracy. - Sprawę oddałem do sądu, ale nie pozbyłem się kłopotów. W urzędzie pracy nie chcą mnie zarejestrować, bo nie mam dokumentów od pracodawcy - mówi poirytowany. Od urzędniczki usłyszał tylko, że bez świadectwa pracy nic nie załatwi i lepiej, żeby dogadał się z byłym pracodawcą. Pan Kamil liczy, że znajdzie się firma, która go zatrudni.

Nieprofesjonalne podejście właścicieli małych firm w stosunku do podwładnych nie podoba się Barbarze Osuchowskiej, projekt manager z K&K Selekt Centrum Doradztwa Personalnego. - Pracownicy małych firm często są zaskakiwani informacjami o zwolnieniach. Niestety, nie ma żadnych podstaw prawnych, które mogłyby zabezpieczyć przed zwolnieniem w recesji i trudnej sytuacji finansowej firmy. W małych firmach nie ma także związków zawodowych, które mogą pomóc pracownikowi na przykład w uzyskaniu odprawy finansowej - mówi Osuchowska.

Zdaniem dr. Marka Szopskiego, socjologa z Uniwersytetu Warszawskiego, pracujący w małych przedsiębiorstwach są z reguły na straconej pozycji w walce z przełożonym. - Szef w małej firmie czuje się panem i władcą. Może zmieniać zdanie z dnia na dzień, dyktować swoje warunki, a pracownicy i tak muszą się z tym godzić - mówi. - Wszędzie tam, gdzie nie ma związków zawodowych, które w trudnej sytuacji staną po stronie załogi, pracownik jest jak robot do przyjmowania poleceń - dodaje. Zdaniem dr. Szopskiego większość osób obawia się wieloletnich procesów sądowych. Działa tu też zasada wilczego biletu. - Pracownicy boją się, że właściciele firm znają się ze sobą i mogą nigdzie nie znaleźć pracy - przekonuje dr Szopski.

Jeden dzień i dziękujemy

50-letnia Krystyna Kadej przez ostatnie pięć lat pracowała jako pomoc kuchenna w dziesięcioosobowej firmie gastronomicznej. Trzy tygodnie temu usłyszała, że firma nie otrzymała nowego kontraktu i właściciel musi rozstać się z pracownikami. Zamiast trzymiesięcznego wypowiedzenia otrzymała dwudniowe. Gdy zwróciła szefowi uwagę, że postępuje niezgodnie z prawem, usłyszała, że może w ogóle nie otrzymać wynagrodzenia za ostatni miesiąc. - Musiałam się zgodzić na takie rozwiązanie, by odzyskać swoje pieniądze.

Pani Iwona z Poznania na drzwiach knajpki w centrum zauważyła kartkę. - Szukali pracownika do stania za barem. Od razu się zgłosiłam - mówi. Pracę dostała już następnego dnia. Trzy miesiące, na próbę - jak zaznaczył pracodawca. Przepracowała 12 godzin. Przełożony nie miał żadnych uwag. Pod koniec drugiego dnia zapytała szefa o umowę. Miała ją wkrótce otrzymać, ale zamiast tego wieczorem zadzwonił telefon. - Usłyszałam tylko dwa zdania. Że czas próby się skończył oraz że nie nadaję się na to stanowisko - mówi. Pani Iwona jest przekonana, że chodziło o coś innego. Firma do dziś nie zapłaciła jej za przepracowane dwa dni. Gdy co jakiś zagląda do tej knajpki, by kolejny raz upomnieć się o zapłatę, za każdym razem widzi kartkę na szybie i nową pracownicę za barem. - Taką już przyjęli taktykę. Dwa dni i wyrzucają kandydata. W ten sposób mają za darmo pracownika - domyśla się pani Iwona.

źródło: gazeta.praca.pl